Życie Hermiony Granger
czwartek, 28 marca 2013
wtorek, 12 marca 2013
Rozdział 2. Tajemniczy list
Kilkanaście lat później, a tak dokładniej w lipcu w 1991 roku
Hermiona szykowała się na urodziny swojej najlepszej przyjaciółki Ann Keys.
- Mamo!! Który dziś jest?! – zapytała Hermiona schodząc po schodach do salonu.
- 27 lipiec, a czemu pytasz?
- Bo wiesz 28 są urodziny Ann, a ja jeszcze nie mam dla niej prezentu. – powiedziała, jakby użalała się nad sobą.
- Ah, no tak.. Poczekaj, aż tata wróci ze sklepu. Wczoraj obiecał ci, że coś kupi. Chyba perfumy i czekoladę. – odpowiedziała jej i zajęła się przygotowywaniem śniadania. – Córciu na co masz ochotę?
- Zjem płatki z mlekiem. Mamo, a czy po śniadaniu może do mnie przyjść Ann? – zapytała.
- Jeśli jej mama się zgodzi to niech przyjdzie. Teraz zjadaj, a ja muszę iść, bo pacjenci czekają. – odrzekła.
- To pa mamo! – krzyknęła Hermiona.
Chwilę później do domu wszedł tata z zakupami.
- Cześć tato! – przywitała go.
- Cześć córciu. Kupiłem ten prezent dla Ann. Pokazać ci?
- Tak, pokaż!!
Tata z pięknej torby w kwiaty wyjął czerwony flakonik z perfumami i dużą czekoladę z orzechami. Perfumy pachniały truskawkami, ulubionymi owocami Ann.
- Tato to jest cudowne!! – zachwycała się Hermiona. – Myślę, że będzie się jej podobać.
- Cieszę się. – odpowiedział.
- Oj, już 11.00, a miałam zadzwonić do Ann. – poszła do swojego pokoju i zadzwoniła do niej. – Cześć, przyjdziesz do mnie?
- Poczekaj zapytam mamy. – Ann odłożyła na chwilę telefon i zapytała mamę. – Tak, zaraz będę. Do zobaczenia.
- To do zobaczenia. – odpowiedziała i odłożyła słuchawkę.
Kilka minut później Ann przyszła do Hermiony. Poszły do ogrodu i zaczęły rozmawiać. Nie minęło 10 minut i na podwórko przyleciała sowa. Do nóżki miała przywiązany list. Hermiona i Ann bardzo lubiły zwierzęta i znały się na nich. Dlatego zdziwiło ich to, że spotkały sowę w dzień. Podeszły do niej i odczepiły list. Zaadresowany był:
Pani H. J. Granger
Średni pokój na piętrze
Dom nr. 34
Londyn gmina Brent
- To do mnie – powiedziała zdziwiona Hermiona. - Otwórzmy go.
Dobrze – odpowiedziała Ann.
Hermiona rozerwała piękna kopertę, wyjęła list i przeczytała:
- Mamo!! Który dziś jest?! – zapytała Hermiona schodząc po schodach do salonu.
- 27 lipiec, a czemu pytasz?
- Bo wiesz 28 są urodziny Ann, a ja jeszcze nie mam dla niej prezentu. – powiedziała, jakby użalała się nad sobą.
- Ah, no tak.. Poczekaj, aż tata wróci ze sklepu. Wczoraj obiecał ci, że coś kupi. Chyba perfumy i czekoladę. – odpowiedziała jej i zajęła się przygotowywaniem śniadania. – Córciu na co masz ochotę?
- Zjem płatki z mlekiem. Mamo, a czy po śniadaniu może do mnie przyjść Ann? – zapytała.
- Jeśli jej mama się zgodzi to niech przyjdzie. Teraz zjadaj, a ja muszę iść, bo pacjenci czekają. – odrzekła.
- To pa mamo! – krzyknęła Hermiona.
Chwilę później do domu wszedł tata z zakupami.
- Cześć tato! – przywitała go.
- Cześć córciu. Kupiłem ten prezent dla Ann. Pokazać ci?
- Tak, pokaż!!
Tata z pięknej torby w kwiaty wyjął czerwony flakonik z perfumami i dużą czekoladę z orzechami. Perfumy pachniały truskawkami, ulubionymi owocami Ann.
- Tato to jest cudowne!! – zachwycała się Hermiona. – Myślę, że będzie się jej podobać.
- Cieszę się. – odpowiedział.
- Oj, już 11.00, a miałam zadzwonić do Ann. – poszła do swojego pokoju i zadzwoniła do niej. – Cześć, przyjdziesz do mnie?
- Poczekaj zapytam mamy. – Ann odłożyła na chwilę telefon i zapytała mamę. – Tak, zaraz będę. Do zobaczenia.
- To do zobaczenia. – odpowiedziała i odłożyła słuchawkę.
Kilka minut później Ann przyszła do Hermiony. Poszły do ogrodu i zaczęły rozmawiać. Nie minęło 10 minut i na podwórko przyleciała sowa. Do nóżki miała przywiązany list. Hermiona i Ann bardzo lubiły zwierzęta i znały się na nich. Dlatego zdziwiło ich to, że spotkały sowę w dzień. Podeszły do niej i odczepiły list. Zaadresowany był:
Pani H. J. Granger
Średni pokój na piętrze
Dom nr. 34
Londyn gmina Brent
- To do mnie – powiedziała zdziwiona Hermiona. - Otwórzmy go.
Dobrze – odpowiedziała Ann.
Hermiona rozerwała piękna kopertę, wyjęła list i przeczytała:
HOGWART
SZKOŁA
MAGII i CZARODZIEJSTWA
SZKOŁA
MAGII i CZARODZIEJSTWA
Dyrektor: ALBUS DUMBLEDORE
(Order Merlina Pierwszej Klasy, Wielki Czar., Gł. Mag,
Najwyższa Szycha, Międzynarodowa Konfed. Czarodziejów)
Szanowna Pani Granger,(Order Merlina Pierwszej Klasy, Wielki Czar., Gł. Mag,
Najwyższa Szycha, Międzynarodowa Konfed. Czarodziejów)
Mamy przyjemność poinformować Panią, że została Pani przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia. Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy sowy nie później niż 31 lipca.
Z wyrazami szacunku,
Hermiona
stała jak osłupiała, nie wydusiła ani jednego słowa. Rozmowę zaczęła Ann.
- „Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart” , myślę, że ktoś sobie z nas żartuje.
Bo przecież to niemożliwe, magia?? – powiedziała Ann nie wierząc w to co przed
chwilą przeczytała.- Też tak myślę, ale trzeba to sprawdzić. Chodźmy do biblioteki. – Hermiona poinformowała tatę o wyjściu do biblioteki i wyszły. W bibliotece publicznej szukały książek o magii i Hogwarcie, ale nic nie znalazły. – Mam lepszy pomysł Ann. Byłam rok temu w pewnej bibliotece dwie przecznice stąd, rozmawiałam z bibliotekarką o jej rodzinie i ona zaczęła mówić o swoim bracie. Opowiadała, że pewnego dnia sowa przyniosła do ich domu list. List taki jak mój, list z Hogwartu. Chciała mi nawet dać książkę o tej szkole, żebym sobie poczytała, ale jej nie wzięłam. – Hermiona pomyślała chwilę. – Chcesz iść tam ze mną?
- Tak, chodźmy. – Odpowiedziała szybko Ann.
poniedziałek, 11 marca 2013
Rozdział 1. "To już dziś"
19 września
1979 roku John obudził się jak zwykle o 6.00. Zszedł do kuchni, zastał tam
swoją ciężarną żonę Elisabeth.
Małżeństwo zjadło śniadanie, John zaczął rozmowę.
- To już niedługo Elisabeth. Tak sobie myślę, nie zastanawialiśmy się nad imieniem.
- No tak, to może Jean? Tak jak moja babcia? – powiedziała bez zastanowienia.
- Hm…. A może Hermiona? – odparł.
- Jean Hermiona Granger, nie Hermiona Jean Granger. Ładnie brzmi prawda? – zapytała Elisabeth, po czym zaczęła sprzątać po śniadaniu.
- Tak, mi też się podoba. – powiedział John i zorientował się że już 6.50 – Muszę już iść, bo zaraz mam pierwszego pacjenta.
- Dobrze, to pa kochanie. – powiedziała i poszła do sypialni, ponieważ zaczęły ją łapać skurcze. Zasnęła. Śniły jej się różdżki. Różdżki, które rzucały zaklęcia na wszystkie strony. Nie były one jednak jedyną dziwną rzeczą w tym śnie, nikt tymi różdżkami nie kierował, nie było osoby, która je trzymała. One po prostu latały.
- No tak, to może Jean? Tak jak moja babcia? – powiedziała bez zastanowienia.
- Hm…. A może Hermiona? – odparł.
- Jean Hermiona Granger, nie Hermiona Jean Granger. Ładnie brzmi prawda? – zapytała Elisabeth, po czym zaczęła sprzątać po śniadaniu.
- Tak, mi też się podoba. – powiedział John i zorientował się że już 6.50 – Muszę już iść, bo zaraz mam pierwszego pacjenta.
- Dobrze, to pa kochanie. – powiedziała i poszła do sypialni, ponieważ zaczęły ją łapać skurcze. Zasnęła. Śniły jej się różdżki. Różdżki, które rzucały zaklęcia na wszystkie strony. Nie były one jednak jedyną dziwną rzeczą w tym śnie, nikt tymi różdżkami nie kierował, nie było osoby, która je trzymała. One po prostu latały.
Obudziła się.
Bóle ustały, była już 11.00, więc Elisabeth poszła do kuchni, zajęła się
przygotowywaniem obiadu i całkiem zapomniała o tym co się jej przyśniło. Po
kilku minutach gotowania znów zaczął ją boleć brzuch, ale o wiele bardziej niż
ostatnio, więc złapała telefon i zadzwoniła do męża. Gdy dotarł już do domu
Elisabeth siedziała w kuchni i płakała z bólu. John szybko zadzwonił po
pogotowie. Za ok. 5 minut pod ich domem była karetka, zabrali jęczącą z bólu
kobietę do szpitala, gdzie urodziła przepiękną córkę Hermionę Jean Granger.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
